Prof. Kamil Śmiechowski z Wydziału Filozoficzno-Historycznego UŁ mówi wprost: dzisiejsza wersja święta jest mocno „sformatowana” przez rynek. Wiemy, co mamy zrobić – kupić pączka, zjeść faworka, zaliczyć rytuał. Tyle że dawniej sens tłustego czwartku był osadzony w kalendarzu życia, a nie w kalendarzu promocji.
Zanim pojawił się pączek premium, był post i głód
W tradycji tłusty czwartek nie jest samotną wyspą słodyczy. To brama do Wielkiego Postu – czasu wyrzeczeń, ale też bardzo często czasu realnego niedoboru. Prof. Śmiechowski przypomina, że post nie zawsze był kwestią samej odnowy moralnej. Bywał konsekwencją tego, że jedzenia po prostu bywało mniej, a zima i przednówek potrafiły przycisnąć.
I teraz wyobraźmy sobie Łódź sprzed 100 lat i dawniej. Miasto, w którym większość mieszkańców liczyła grosz, a nie kalorie. W takim miejscu tłusty czwartek nie mógł wyglądać jak współczesny festiwal nadzienia.
Łódź robotnicza. Skromniej niż chcielibyśmy pamiętać
Łódź była przede wszystkim miastem robotniczym, a obyczaj świętowania zależał przede wszystkim od majętności. U przeciętnych łodzian nie było zawodów w jedzeniu pączków, bo zasoby były ograniczone. Pączek nie był prawem człowieka, tylko luksusem, na który czasem się polowało, a czasem trzeba było go zastąpić.
I tu pojawia się smakowita (choć dla dzisiejszego podniebienia zaskakująca) lekcja historii. Pączki nie zawsze były słodkie. W dawnych przekazach wracają pączki ze słoniną – tłuste, treściwe. A gdy czasy były ciężkie, pączki potrafiły znikać z horyzontu całkiem i w ich miejsce pojawiały się substytuty – choćby wypieki z marchewki, ziemniaków, żeby w ogóle złapać jakąś namiastkę słodyczy.
Dwie Łodzie jednego dnia
Ale Łódź była też miastem kontrastów. Obok robotniczej codzienności istniały salony fabrykanckie, mieszczańskie aspiracje i świat, który mógł sobie pozwolić na zbytek.
W tej drugiej Łodzi pączek miał zupełnie inną biografię. Był dodatkiem do stylu życia. Zamożni i średnio zamożni korzystali ze świetnie prowadzonych cukierni, w których słodycze były dostępne przez cały rok, a tłusty czwartek był okazją do zjedzenia czegoś wyjątkowego.
I tu na scenę wchodzi cukiernia Roszkowskiego – lokal renomowany już w XIX wieku, przy Piotrkowskiej (okolice dzisiejszego skrzyżowania z Moniuszki). To nie była tylko witryna z ciastami. To miejsce miało rozmach, działało na kilku piętrach, można było tam nawet zagrać w bilard. Pączek? Owszem. Ale w komplecie z całym światem mieszczańskiej rozrywki.
Co ciekawe, prof. Śmiechowski zwraca uwagę na jeszcze jedną rzecz: nawet w domach łódzkich fabrykantów tłusty czwartek nie musiał mieć wymiaru religijnego (Łódź była wielowyznaniowa, a elity nie zawsze były katolickie). A jednak obyczaj działał. Bo społeczność, moda i potrzeba wspólnego rytuału potrafią być silniejsze niż różnice.
Kolejki? Tak – tylko że nie zawsze pod cukiernią
Gdy dziś myślimy o tłustym czwartku, widzimy kolejki pod cukierniami. Dawniej – bywało inaczej. Z przekazów wynika, że pączki sprzedawano nawet pod fabrykami. To bardzo łódzkie. Słodkość wędruje tam, gdzie jest rytm miasta – do pracy, niekoniecznie na deptak.
A potem przychodzi XX wiek i wielki rozdział pt. PRL – czas, który w pamięci zbiorowej odcisnął się kolejkami niemal po wszystko, co dobre. W Łodzi te wspomnienia mają szczególny aromat – w gospodarce niedoboru tłusty czwartek stawał się dniem, w którym władze chętnie pokazywały, że „jest, działa, wystarczy”.
W rozmowie wraca wątek legendarnego Horteksu przy Piotrkowskiej, kojarzonego przez wielu łodzian jako miejsce wyjątkowych słodkości. I wraca też wspomnienie prywatnej, długo działającej cukierni Marii Granowskiej (Piotrkowska 56) – z opowieściami o najlepszych lodach i finałem typowym dla epoki – właścicielka wyemigrowała, a lokal z czasem zniknął.
Warto zatrzymać się na sekundę przy tej scenie. Kolejka w tłusty czwartek to nie zawsze owczy pęd. Czasem to komunikat: tu jest renoma, tu jest zaufanie. A dziś? Dziś dochodzi jeszcze trzeci składnik – snobizm. Pączek „z miejsca, o którym się mówi”, nawet jeśli droższy i wcale nie pewniejszy.
Łódzki „specjał” na czasy kryzysu: landroty
Czy Łódź ma swój pączek, faworek albo słodycz, która wyróżnia ją na tle regionów? Profesor daje trop bardzo konkretny. W czasach kryzysów zamiast pączków jadano landroty – coś, co można opisać jako placki ziemniaczane w uproszczeniu. Sama nazwa brzmi niemiecko i podpowiada, jak mocno Łódź była miastem przenikania wpływów.
Landroty nie są jednak dumą z folderu turystycznego. To raczej ślad biedniejszej genealogii miejskiego stołu. Kiedy czasy się poprawiały i można było wrócić do pączków – landroty ustępowały i nie stały się luksusowymi ślimakami z Paryża. Nie przetrwały jako wielki symbol, raczej jako zapamiętany zamiennik.
A szkoda, bo gdyby spojrzeć na to współczesnym okiem, landroty mają potencjał. Łódź potrafi przecież odzyskiwać dania biedne i robić z nich markę – jak w przypadku zalewajki, którą dziś z dumą się promuje, choć jej rodowód wcale nie jest luksusowy.
Tłusty czwartek bez cukru pudru
Gdy dziś zjadamy pączka, bo tak trzeba, łatwo pomylić tradycję z reklamą. A dawny tłusty czwartek w Łodzi – w wersji robotniczej, biedniejszej, przypomina, że święto bywało kiedyś praktyczne. Było jak głęboki oddech przed maratonem.
I może właśnie w tym sensie Łódź rzeczywiście się wyróżnia, bo jej tłusty czwartek, nawet ten lukrowany, ma pod spodem warstwę ziemniaka, słoniny, fabrycznego pyłu i pamięci o tym, że słodycz jest najsłodsza wtedy, gdy najbardziej za nią tęsknimy.
Materiał: prof. Kamil Śmiechowski
Redakcja: Kacper Szczepaniak, Centrum Komunikacji Marki